wtorek, 3 lutego 2015

Koniec?

 Zaspana wyjrzałam za okno, naciągając na nogi fioletowe zakolanówki. Znowu padało, znowu zmarznę. Jestem pewna, że moim rówieśnikom równie bardzo jak mi nie chciało się wstawać, nie mówiąc już o wizycie w szkole. Po raz kolejny przeszedł mnie dreszcz. Ja chyba zamarznę!
 Narzuciłam na siebie koszulkę i czarny, duży sweterek oraz spódnicę w pastelowym odcieniu różu. Rozczesałam włosy, zauważając, że w tym świetle mają praktycznie ten sam kolor co spódnica, po czym wykonałam typowy dla mnie makijaż. Sprawdziłam po raz ostatni, czy nigdzie nie ma nadmiaru czarnej szminki lub cienia, po czym wyszłam w drogę do szkoły, zabierając spod drzwi torbę oraz uważając by nie natknąć się na Jacka.



- Jak uważasz, dadzą nam dziś wycisk?
 Prawie wrzasnęłam ze strachu, gdy Gwen wskoczyła pod moją parasolkę. Przejechałam po niej wzrokiem. Glany 30, które obie sobie kupiłyśmy kiedyś i od tej pory się z nimi nie rozstajemy, czarne rajstopy, szorty z ciemnego jeansu oraz t-shirt zespołu "The Pretty Reckless", a na to skórzana kurtka. Makijaż, pomimo faktu że taki sam jak mój, dawał kompletnie inny efekt przez jej krótkie, prosto przystrzyżone czarne włosy. To właśnie ona, z naszej dwójki, grała rolę odważnej oraz seksownej, co zresztą od razu można było zauważyć.
- Pewnie będzie tak samo jak zawsze... głupia monotonia.
Od razu usłyszałam jej charakterystyczny, basowy śmiech.
- Czy ja rozmawiam na pewno z moją Ani? Skarbie, obie wiemy, że nienawidzisz zmian!
- Ale monotonia też mnie irytuje.
- Ciebie wszystko irytuje.
- Wiem, dobrze mi z tym.
 I znowu ten śmiech. Przerażał mnie. Był zbyt podobny do... do Jacka. Ale przecież nie zabronię mojej najlepszej przyjaciółce się śmiać, prawda?
- No właśnie... Ani? Jak tam twoje serduszko?
- Nie rozumiem. - Odwróciłam wzrok, w ostatniej chwili by zauważyć małego, białego królika z lewą łapką zaplątaną o własne jelito... tak. Typ stworów których nie lubiłam najbardziej. Niby słodkie a jednak nie...
- Jaaasne. I wcale nie robisz maślanych oczu na widok Adama, wcaaale.
 Gwen przewróciła swoimi czarnymi oczami, rozciągając pełne usta w cudny uśmiech. Była jedną z tych dziewczyn, która pomimo odmienności zgarnęła najlepsze cechy po rodzicach- Azjatyckiej matce oraz Afrykańskiemu ojcu. Jednak nie to teraz mnie interesowało. Musiałam zachowywać się jak najnormalniej, pomimo faktu, że dziś na ulicach było stanowczo za dużo "innych". Dalej nie zdawałam sobie sprawy co oznacza ich obecność i czy ich ilość ma związek z czymkolwiek. Do tego dalej nie wiedziałam jak się nazywają te pokraki i jak powstają. Nawet w internecie nie było o tym słowa!
- O! O wilku mowa! Ali, zobacz kto właśnie wchodzi do autobusu! - Dziewczyna złapała mnie za rękę i pociągnęła, wyrywając z zamyślenia i omal nie wpychając na Adama oraz Eddiego. - Hejka panowie! Nasza Ali znowu wstała nie tą nogą co trzeba!
- Nie prawda. - Wydałam z siebie warkot, od razu potwierdzając słowa przyjaciółki.
 Chłopcy niewzruszeni, pomogli nam wsiąść, zachowując się jakby krzyki Gwen i moja grobowa mina były codziennością tak oczywistą, jak noc po dniu albo to że każdy kiedyś umrze. Moją uwagę przykuł Adam, co rzecz jasna nie umknęło Gwen, która nie przestawała mnie dźgać łokciem. Jednak nie wpatrywałam się przez fascynację jego osobą. Robiłam to bo coś mnie niepokoiło. Może tak jak zawsze wyglądał perfekcyjnie, niczym po godzinach spędzonych przed lustrem. Długie czarne włosy w połowie były idealnie zaczesane do tyłu, a w połowie rozpuszczone, tworząc grzywkę opadającą na jeden bok. Tunel w uchu- najwyraźniej powiększony. Czarny, dosyć długi płaszcz oraz rękawiczki tego samego koloru. Wystarczyła mi chwila, by zauważyć co jest nie tak. Wyraźnie głęboka, przypominająca kształtem "X" rana na poliku. Na pewno cięta nożem. Momentalnie wyobraziłam sobie co musiał wczoraj przeżyć. Ojciec pijak, widzący coś czego być nie powinno. Gorzej chyba trafić można tylko na Trynkiewicza.
- Ani! Wysiadamy! - Krzyk Eddiego ledwo co do mnie dotarł - Jezu, Gweni, miałaś rację. Dziś zachowuje się jak żywy trup...
- Wypraszam sobie. Jestem okazem zdrowia, więc proszę nie grzebać mnie sześć metrów pod ziemią, skoro stoję tuż obok Ciebie!
 Udając oburzoną wysiadłam z autobusy i pośpiesznym krokiem ruszyłam w stronę szkoły. Oczywiście każdy zdawał sobie sprawę, że nie ma się czym przejmować.
 Niepewnie przekroczyłam próg szkoły. Standardowy widok każdej szkoły- ochroniarz popijający kawę w swoim przeszklonym pokoiku, nie przejmujący się kolejką ludzi, ze zniecierpliwieniem czekających na wypożyczenie zgubionego kluczyka. Dalej korytarz, w jakże oryginalnym białym kolorze, oblegany był przez grupki znajomych- największe pozwalały sobie zająć środkową część, a co po mniejsze raczej trzymały się ścian. Chyba nie muszę mówić, który typ ludzi należy do jakiej- to w końcu oczywiste.
 Jak dziesiątki innych uczniów od razu podreptałam do szafki.
- Osłaniam Cię! Możesz wpisywać tajny kod! - usłyszałam za sobą Eddiego, udającego tajnego agenta.
- Przecież szafki są na kluczyk... Który mógłbyś w końcu odnaleźć.
- Staram się, ale przez jakiś czas jeszcze będziesz miała współlokatora.
 Gdy tylko otworzyłam szafkę jego rzeczy przeleciały mi milimetry nad głową, o mało mnie nie zabijając, a co gorsza- robiąc mi kompletny bałagan.
- Nie możesz po prostu pożyczyć kluczyka od pitbull'a?
- Ale ja właśnie zgubiłem ten pożyczony...
 Przejechałam wzrokiem po naszym niebieskookim blondynie.
- Miło było Cię poznać. Fajny był z Ciebie przyjaciel. Jaką przemowę mam wygłosić na pogrzebie?
- Spokojnie, masz dużo czasu do wymyślenia, zanim zorientują się gdzie jest moje ciało.
- Jak przypuszczasz, gdzie trzeba byłoby go szukać?
- Zapewne w jego wielkim brzuchu... - burknął, zapinając prostą, czarną bluzę.
- Może znalazłbyś tam kluczyk?
- Ani... jesteś genialna. To oczywiste, że ta łajza zjadła go tylko po to, by mieć wymówkę by zjeść mnie! Co za tłusta świnia!
 Nie mogąc się powstrzymać wybuchłam śmiechem. To trzeba przyznać- Eddy był był słodki kiedy udawał głupka ratującego swoje życie. Gdy tylko zadzwonił dzwonek ruszyliśmy w stronę klasy, gdzie pod drzwiami, jak zawsze czekała ta sama istota- mały puchacz, z ogonem myszy i dziurą w klatce piersiowej. To dziwne, że nie stwierdzili mi nigdy schizofrenii.
 Oczywiście lekcja, tak jak wszystkie inne nie była interesująca, przez co po usłyszeniu ostatniego dzwonka uczniowie o mało się nie zabili wybiegając z klas.

 Po wejściu do domu rzuciłam plecak na podłogę i ruszyłam w stronę kuchni. Jak zwykle przygotowałam jedzenie dla siebie i Jacka. Dziwne- miał już ponad 18 lat a nic jeszcze nie zrobił ze swoim życiem, oprócz siedzenia w pokoju i przychodzenia do mnie- czego szczególnie nienawidziłam, zważywszy na jego odpały. Bałam się tego, z jakimi szczegółami opowiadał o śmierciach w wypadkach- ale cóż poradzisz? Biedny przeżył jeden z nich i jako jedyny z całej piątki wyszedł z tego żywo.
 Standardowo po zjedzeniu zaniosłam tackę pod jego drzwi, zapukałam i uciekłam do siebie. Nałożyłam słuchawki na uszy i padłam na łóżko. Plan na dziś? A może by tak przespać cały dzień? Tak... chciałoby się. Popatrzyłam zdziwiona na stwora przyczepionego do mojego okna. Ok... to dziwne.
 Westchnęłam i podeszłam do niego. Delikatnie zastukałam w szybę.
- Hejka maluszku, jak się nazywasz?
 Odpowiedziała mi cisza. Można było się spodziewać.
- Czemu tutaj jesteś? Wyglądasz na przestraszonego...
W tym momencie mój mały ptako-jaszczurkowaty nowy przyjaciel zaczął przeraźliwie drapać szybę.
- Rozumiesz mnie?
W odpowiedzi po prostu nie przestał. Dziękuję za jasną odpowiedź, mały.
 Sekundę później przeszedł mnie dreszcz, a do moich uszu dobiegł kobiecy śmiech. Odruchowo odwróciłam się i rozejrzałam po pokoju. Nikogo nie było, a śmiech powoli przeradzał się w krzyk udręki. Przerażona złapałam pierwszą ostrą rzecz jaką znalazłam. Krzyk powoli zmieniał się w pieśń, rodem z horrorów a ja, niczym jedna z jego głupich aktorek padłam na kolana plącząc. Powoli czułam jak tracę kontakt z rzeczywistością...
 Obudziłam się, czując jak ktoś bije mnie po poliku.
- Jack? Co tu Ty robisz?
- Bawię się moją nieprzytomną siostrą.
 Czarnowłosy ukazał swoje śnieżnobiałe zęby w przerażającym uśmiechu. Tak, a czego mogłam się po nim spodziewać...
- Tak się darłaś, że myślałem, że miałaś wypadek. Byłem pewien, iż znajdę Cię tutaj z dajmy na to roztrzaskaną czaszką, albo jelitem owiniętym wokół szyi. Zabawnie by było.
- Też Cię kocham...
- Nie pozwalaj sobie.
Ta braterska miłość...
- Jeżeli skończyłeś się bawić to możesz mnie zostawić? Chciałabym położyć się spać...
Jack wstał, nie przestając wwiercać we mnie dziury wzrokiem.
- Uważaj na krzyki Banshee... podobno zwiastują śmierć szybszą i bardziej bolesną jak byś chciała...
Usłyszałam, gdy tylko zamykał drzwi. Chwile stałam wryta, lecz nie dużo brakowało by złość wzięła nade mną górę, a moja pięść zaliczyła nieprzyjemne oraz trochę drastyczne spotkanie ze ścianą.
- Wiedziałam! Wiedziałam! Przecież to oczywiste, że to Ty robiłeś sobie ze mnie jaja! - wrzasnęłam na cały głos, przez co moje delikatne gardło przyzwyczajone do anemicznego tonu od razu mi o tym przypomniało.
- Nienawidzę Cię ty goblinie...
 Wydając z siebie warkot psa padłam na łóżko. Znowu. Ale już nie miałam zamiaru wstawać.

 Wstałam około północy. Przecierając oczy podeszłam do okna, przez które wpadał blask księżyca oświetlając mój granatowy pokój ze stertą książek oraz bardzo starymi, aczkolwiek przepięknie zdobionymi drewnianymi meblami. Gdy wyjrzałam przez okno nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przed moim domem stała cała armia innych. Każdy wbijał we mnie wzrok (chodź nie każdy posiadał nawet oczy). Nigdy nie czułam się tak skrępowana... albo nawet przerażona. Nawet Jack nigdy nie wywołał u mnie takiego uczucia! Zrobiłam krok w tył, nie odrywając wzroku.
 W oddali coś zabłysnęło zimnym, białym światłem, a następnie bardzo szybko zaczęło przemieszczać się w moją stronę. Inni, niczym przed ogniem, zaczęli uciekać, kryjąc się po kontach.Przerażona wskoczyłam na łózko, twardo przyciskając plecy do metalowej ramy. Nie miałam czasu na uspokojenie się, gdy pokój rozświetlił ten blask, przed którym inni tak uciekali. Kobieta w białej szacie, o śnieżnej cerze i włosach, lśniąca niczym gwiazda wbiła we mnie wzrok. Ja za to, miałam ochotę wrzeszczeć ze strachu.
- Banshee...?
Zjawa wykrzywiła swe krwisto czerwone usta w uśmiechu. Usta, tak przypominające mi moją przyjaciółkę. Nie wiedzieć czemu, uspokoiłam się- jednak to był chyba mój największy błąd. Banshee w mgnieniu oka znalazła się na moim łóżku, zatapiając ostre paznokcie w miejscu, gdzie jeszcze sekundę temu biło moje serce. Ostatnim, co zdążyłam zobaczyć nim ból odebrał mi świadomość był Jack, wbiegający do pokoju z krzykiem biegnący wprost na białowłosą. Ale czegokolwiek by nie zrobił, było by za późno- moje serce właśnie kończyło ostatnie uderzenia w dłoni kobiety.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz