piątek, 27 lutego 2015

Kolorowanka

 W środku nie było nikogo- zarówno zaraz po wejściu, jak i gdy przeszliśmy cały hol.
- Jack.. coś mi tu śmierdzi...
- Odwal się, tym razem to nie jak.
 Odruchowo przywaliłam mu z pięści w plecy. Czemu nawet w takich momentach nie mógł pozostać normalny i okazać odrobinę dojrzałości?

 Gdy znaleźliśmy największe drzwi jakie były już miałam odłożyć pod nimi książkę i wiać, dopóki jest spokojnie, ale ten idiota oczywiście musiał zapukać i otworzyć drzwi na oścież. Momentalnie poczułam na sobie wzrok przebywającej tam bandy facetów.
- No hejka panowie, słuchajcie. Ostatnio jak tu byłem nie miałem pojęcia o co wam chodzi, ale miło z waszej strony że mnie wypuściliście i daliście pomyśleć na świeżym powietrzu. To na prawdę pomogło, dzięki czemu olśniło mnie i oto ona- wasza kolorowanka. Ani, bądź tak miła i podaj Panom ich zabawkę.
 Zaściełam zęby by nie klnąc za głośno. Podeszłam do białowłosego mężczyzny, o silnej budowie i przenikliwych, zielonych oczach. Jak na tutejszy klimat miał niespotykaną, oliwkową karnację. Drżąc przeprosiłam cicho za brata i oddałam księgę go jego rąk, a on uśmiechnął się w dziwny sposób.
- To ona. - Na jego komendę jakiś mężczyzna złapał mnie unieruchamiając, a drugi rzucił się na mnie ze skalpelem. Na szczęście nie zrobił mi wielkiej rany, bo nim reszta dobiegła coś odrzuciło wszystkich daleko ode mnie. Nie zważając na to, co się własnie stało wybiegłam powstrzymując się od płaczu, łapiąc przy tym wstającego z podłogi Jacka.
- Moja głowa...
- Jak wrócimy to Ci obłożę lodem, ale błagam, nie mdlej!
- Nie jest tak źle, za kogo ty mnie masz? Wampirka który płacze po tym jak uderzy się w paluszek?
 Wolałam tego nie komentować, tym bardziej że właśnie wybiegaliśmy z posiadłości, wprost do auta Adama.
- Jedź! Szybko! - Nie musiałam powtarzać się dwa razy. Ruszyliśmy tak szybko jak daliśmy radę.
- Widzę, że nie poszło wam za lepiej... - Kontem oka spojrzał na ranę na moich żebrach, a ja momentalnie naciągnęłam na nią krótki sweterek.
- Tja... jeżeli pobrudzę Ci siedzenie to obiecuję, że zapłacę za czyszczenie.
- Nie ma sprawy, już tyle razy przewoziłem umierające osoby że jestem przyzwyczajony...
- Masz na myśli swoją siostrę? - Warknął w tyłu czarnooki.
- Jack, błagam, nie teraz. - Syknęłam, czując dziwne pieczenie. - Oby mnie nie zatruli...
- Wątpię. To po prostu kwestia tego, że jesteś niepełna.
- Ciekawe przez kogo... Spokojnie, młoda. Dziś załatwimy tą sprawę. - Brat uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco.

 Widząc, że rana się zagoiła uśmiechnęłam się do siebie pod nosem. Nie wiedziałam że duchy umieją się tak szybko regenerować. Przekręciłam się na łóżku, słuchając piosenki "Hey Devil - Toby Mac". Mama krzątała się po dole, robiąc jedzenie i czekając na tatę. Jack siedział w swoim pokoju ale nie za bardzo interesowało mnie to, co robi. Zostało mi pół godziny na relaksu, więc muszę to wykorzystać. Zaro zastanawiania się nad banshee, zero stresu. 
- Jak dobrze, że to tylko 3 ulice stąd...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz