poniedziałek, 23 lutego 2015

Akceptacja

 Siedząc w koncie pokoju przyglądałam się scenie rozgrywanej w jakże specyficznym spektaklu zwanym życiem.
 Moja matka, zapłakana stała nad moim łóżkiem, nerwowo wbijając paznokcie w swoje długie blond włosy. Jej zbyt młoda twarz zalana była łzami. Co chwile chciała dotknąć mojego ciała, lecz tuż przed dotykiem cofała rękę, jakby bojąc się rzeczywistości. Tej brutalnej, w której może pięć minut temu lekarze oznajmili że w nocy jej córka zmarła na zawał.
 Uśmiechnęłam się pod nosem. 
- A więc to tak zachowuje się serce, gdy jego duchowa część zostanie wyrwana? Słodko.
 Byłam pewna że Jack mnie usłyszy. Po śmierci, dla dźwięku nie istnieje coś takiego jak ściany. Szkoda tylko że moja własna matka nie może mnie usłyszeć ani zobaczyć. 
- Jesteś jeszcze pisklakiem. Mało wiesz o swoim drugim życiu. Pamiętaj jednak, że pisklaka najłatwiej zjeść. Gdy tylko jakiś drapieżnik zgłodnieje to właśnie na Ciebie będzie polował. W końcu, nikt nie chce walczyć z silniejszym od siebie. Tym bardziej w świecie bez zasad.
- Świat bez zasad? Dobre sobie. Odkąd umarłam częstujesz mnie samymi zasadami.
 Mój spektakl robił się powoli nudny. Nie miałam ochoty cały dzień patrzeć na płaczącą matkę oraz moje dawne ciało. Chciałam oderwać się od tego co właśnie się zdarzyło. Przeczesałam moje długie włosy palcami, zauważając że ich różowy odcień z pastelowego stał się już prawie biały. 
 Zamknęłam oczy i powoli opadłam plecami na podłogę, przenikając ścianę.
- Jack! Mój kochany braciszku o pięknych, długich czarnych włosach. Wiesz, jak ja bardzo Cię lubię?
- Czego chcesz? - Burknął.
- Czy są jakieś sposoby żeby stać się drapieżnikiem?
- Smacznego. 
Przymrużyłam oczy.
- Nie mówisz mi wszystkiego. 
Czarnooki usiadł zmęczony obok mnie.
- Jest sposób żeby się wzmocnić, a zarazem nie łączyć. Wystarczy co jakiś czas zjeść serce innej duszy- tak jak to robi banshee. Jednak to nie oznacza że zastąpienia rytuału serca banshee. To niestety jest nieuniknione. 
Poczułam jak mój żołądek podskoczył, robiąc salto ze szpagatem. Już sama wizja tego "rytuału" przyprawiała mnie o mdłości, ale ta wiadomość była nie tyle obrzydliwa jak niszcząca. Tym bardziej dla weganki. 
- Dziś wieczorem banshee będzie w pobliskim mieście, radzę Ci się zbierać. Im szybciej załatwimy sprawę egzystencji tym lepiej. 
Jack wstał, kierując się w stronę drzwi frontowych, a ja zaśmiałam się.
- Czyżbyś się martwił o mnie?
Idąc jego śladem wstałam i potruchtałam do niego.
- Oczywiście. W końcu jeżeli znikniesz to nad kim będę się znęcał? 
Przewaliłam oczami. No cóż, czego się spodziewałaś księżniczko? Że powie iż jesteś najważniejszą osobą w jego życiu i nie może pozwolić ukochanej siostrze umrzeć po raz drugi? Dobre sobie, takie zabawy to nie z sadystami.
 Rozejrzałam się niepewnie, gdy tylko wyszliśmy. Na szczęście przemienionych było mało, a żaden z nich nie zwrócił na nas jakiejś szczególnej uwagi. Bezpiecznie.
 Widząc, że Jack zaczął biec wiedziałam że nie mam za dużo czasu, więc najszybciej jak tylko dałam radę w platformowych glanach dogoniłam go.
"Nie płacz nad rozlanym mlekiem, lecz wypij to co Ci zostało. Nie mogę teraz być słabym ogniwem chowając się w szafie i użalając się nad stratą. Nawet jeżeli będzie to kosztowało utratą człowieczeństwa. Muszę walczyć o siebie. "

 Patrząc w gwiazdy czekałam na północ. Księżyc już oświetlał okolicę starych domków i brukowanych uliczek swoim srebrnym blaskiem, przez co otoczenie tworzyło miłą plątaninę koloru granatowego i srebrnego. Teraz nie musiałam się bać- Jack powiedział mi, że w pobliżu zagrożonej duszy przemienieni wchodzą w pewien tryb hipnozy, przez co żerują tylko na tą jedną osobę. Dziewczyna, będąca przyszłą ofiarą krzątała się po pokoju, słuchając popowych piosenek. Aż uszy bolą... Jack siedział na łóżku, trzymając w ręce sztylet. Ciekawe, że przedmioty też mają dusze, prawda? To pozwala przenosić ze sobą różne rzeczy, które pozostaną w formie nie zauważalnej dla człowieka. Niestety podczas wydobywania duszy potrzebna jest energia, więc dopóki nie zdobędę serca nie ma co ryzykować.
 Prawie podskoczyłam na parapecie, gdy w oddali zabłyszczał znajomy blask.
- Jack. Północ. Ona tu idzie. Szybko! Boże, Jack ona tu idzie!
Spanikowana zaczęłam nawoływać brata.
 Blask stawał się coraz mocniejszy, aż w końcu mogłam zobaczyć jej twarz. Jack, chowając się obok okna nerwowo zacisnął palce wokół rękojeści starego sztyletu. Już miałam odejść od okna gdy mój wzrok przykuła osoba w pobliżu domu ofiary. Osoba która najwyraźniej widziała to, co się tutaj dzieje. Osoba, którą tak dobrze znałam. Nigdzie nie pomyliłabym tych czarnych, zaczesanych w połowie do tyłu, w połowie niechlujnie opadających na czoło włosów. Blizny na policzku w kształcie "X" oraz niebieskich oczu.
- Adam...?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz