Jack, trzymając mnie za nadgarstki wrzeszczał z całych sił. Z jego ust wydobywał się potok słów. Nie zrozumiałam ani jednego, spanikowana wykręcając się niczym opętana pod wpływem wody święconej. Twarz zalaną miałam łzami. Znowu byłam sobą, jednak ten stan rzeczy wydawał się być tylko przykrywką dla tego, co czułam w środku. Co takiego zagnieździło się w mojej duszy? Sama nie wiem, jednak jedyne do czego mogę to porównać to moment w którym przykładasz język do zamarzniętej łyżeczki w lodach i spanikowany chcesz ją oderwać, zadając sobie jeszcze więcej bólu.
- Ali! Uspokój się idiotko! - Poczułam mocne uderzenie na poliku i o dziwo metaliczny smak krwi w ustach który, jak się okazuje, przywrócił mnie do zmysłów. Krwawiący duch..?
Spojrzałam na twarz czarnowłosego. Za nim zbliżały się znane mi już sylwetki.
- Adam...
To była ostatnia osoba, której obecności się spodziewałam. Jack przecież nienawidzi wampirów...
- Co jej jest? - Basowy głos chłopaka z blizną otulił moje uszy.
- Gdybym wiedział nie dzwoniłbym po Ciebie, palancie...
Brwi Adama zmarszczyły się znacząco. Podszedł do mnie i złapał mnie za poliki.
- Już nic mi nie jest... - Oczywiście nikt nie zwrócił uwagi na moje słowa.
- Gdyby nie chodziło o Ali rozwaliłbym Ci twój homo-zadek...
Jack zacisnął pięści ze złości, gotowy do bójki, jednak Adam zaczesał palcami czarne kosmyki na jedną stronę i sięgnął do kieszeni jeansów po latarkę, którą następnie zaświecił mi w oczy.
- Reaguje na bodźce...
- To dobrze, zdrowa jest.
- Zdrowa by była, gdyby żyła geniuszu. Duchy nie reagują ani na światło, ani na ból zewnętrzny. To po prostu niemożliwe!
Jack podszedł do mnie, odpychając Adama.
- Zareagowałaś jak uderzyłem Cię w twarz, prawda? Poczułaś ból?
W odpowiedzi otworzyłam usta, ukazując rozkrwawioną część polika. Adam momentalnie złapał mnie za ramiona i nie mówiąc nic wrzucił mnie do samochodu stojącego za zakrętem- Jack o dziwo nie powiedział ani słowa.
Alice badała mnie przez parę godzin, a gdy tylko mówiła że wszystko jest zgodne Adam krzyczał na nią, żeby się nie wygłupiała i że ma się przyłożyć do tego, na co oczywiście ja krzyczałam na niego. Błędne koło krzyków, cięć, próbek, rezultatów. W końcu niebieskooki się poddał, klnąc pod nosem że to niemożliwe i zatrzaskując drzwi. Ja sama w końcu przestałam wierzyć w to, że czułam ból. W końcu gdy Alice rozcinała mi skórę nie czułam nic, a rana nie krwawiła- może i zaciskałam zęby lecz był to odruch którego z upływem czasu miałam się oduczyć. Tak samo jak ciągłego unoszenia klatki w odruchu oddychania.
- Spokojnie, Adam zachowuje się tak ponieważ boi się iż jednak nie jesteś w pełni przemienioną. Dusze przejawiają oznaki życia do czasu aż nie przejdą przez ceremonię, więc jest to uzasadnione. - Rudowłosa usiadła przede mną, próbując uśmiechać się. Obie wiedziałyśmy że nigdy nie robiła tego szczerze.
- Może ja to wszystko wywołałam podświadomie? Już nie raz zdarzało się, że gdy coś sobie wyobrażałam to się działo na prawdę...
- Nie możliwe, tylko banshee mają tak silną moc by przywracać i odbierać dusze.
Rudowłosa popatrzyła nerwowo na zegarek.
- Adam zaraz powinien Cię odwieźć. Starszyzna wraca za godzinę, a nic nie jest przygotowane.
- Starszyzna...?
W tym momencie, tak jak przewidziała Alice, Adam wrócił i po krótkim "Wstawaj Ali." zaprowadził mnie bez słowa do samochodu. Widać było, że to go przerasta, ale pytanie czy zwykły przyjaciel by się aż tak martwił? A może on mnie...
Nie dane było mi dokończyć myśli bo narastający dźwięk syren coraz bardziej mnie ogłuszał.
- O ja pie... - Czarnowłosy nie dokończył przekleństwa, z piskiem zatrzymując samochód. Gdy tylko zobaczyłam powód zamieszania poczułam kluchę w gardle. Mój rodzinny dom otoczony był przez pojazdy straży pożarnej, policji i karetek. Z palącego domu właśnie wywożono zwłoki ojca. W karetce zobaczyłam spanikowaną matkę, uspokajaną przez sanitariusza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz