Zdezorientowana popatrzyłam na dwójkę. Podświadomie się spięłam- wiedziałam, że to nie będzie pozytywna informacja.
Jack westchnął, a następnie ścisnął dłoń dziewczyny.
- Jesteś ciocią. Rasem z Ros... mamy dziecko. Niestety odebrali je nam. Powiedzieli, że istoty takie jak my, sadysta i kobieta z rozdwojeniem jaźni, nie możemy być odpowiedzialnymi rodzicami dla wampira...
- Jednak oboje wiemy, że w żadnym stopniu nie zależało im na szczęściu naszej malutkiej. - Kontynuowała opadającym głosem zielonooka.- Od dnia, w którym napadnięto na nas i porwano Nati, pomimo wszelkich starań nigdy już jej nie widzieliśmy...
- Teraz jest tym samym co Alice- tego jesteśmy pewni.
W moich oczach pojawiły się łzy. Mój brat... stracił dziecko. Tak jak nasza matka. Tylko w bardziej brutalny sposób. W sposób krzywdzący o wiele więcej istnień. W sposób niszczący od wewnątrz, pozostawiający świadomość, że ona gdzieś tam jest ale nawet gdy się odnajdzie- już jej nie rozpoznają.
Zapłakana, nie do końca wiedząc co robię wybiegłam z domu Ross i nie zwracając za nic uwagi gnałam przed siebie. Oh, tak. Gdybym żyła pewnie już bym na kogoś wpadła i się uspokoiła- ale teraz, gdy nie żyję, nic nie zdołało walnąć mnie w twarz. Biegłam do momentu, w którym sama tego nie zrobiłam. Wzięłam parę głębokich oddechów i otworzyłam oczy.
Dookoła mnie nie było niczego. Wszystko wyglądało tak, jakbym stała we mgle. Rozmazane i białe. Zero kształtów. Pod stopami nie czułam gruntu, jednak brak materii sprawiał, że nie było grawitacji- mogłam swobodnie poruszać się. Tak jakbym pływała, lecz w powietrzu, o ile takowe mnie otaczało.
Chwile później zaczęły pojawiać się gromady czarnych motyli. Czy takie w ogóle istnieją? Nie, to nie ma znaczenia. Najmniejszego. One po prostu były- nie ważne czy to zgodne z naturą, czy nie. Nie ważne, czy mogą się zbierać w gromady, czy nie.
Zdecydowałam się podejść do jednej. A może to nie ja zadecydowałam? Nie, to także nie ma znaczenia. Po prostu byłam przy nich. Wyczuwając moją obecność, jakby przyśpieszyły swój lot. Nie mogąc się powstrzymać dotknęłam jednego, a moją rękę oblała gorąca fala cieczy, a czarna gromada opadła w dół, niszcząc się niczym spalona kartka.
Rzeczywistość znowu wróciła na swoje miejsce, a z moich oczy zaczęły lecieć łzy- znowu. Po raz kolejny widziałam obraz, towarzyszący mi od dnia w którym zmarłam. Blada, białowłosa kobieta, świecąca się światłem tak zimnym, jakby to właśnie ona była księżycem oraz ciało i zdezorientowana dusza. Tyle że z pewną różnicą. To ja byłam białowłosą, której stopy lewitowały parę centymetrów nad ziemią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz